Opowieści o pracowni

…A teraz skrzypią cicho dębowe ciężkie drzwi. Uchylamy je lekko i ostrożnie wchodzimy za próg pracowni introligatora, który w czasach pędu i mediów jest jednym z ostatnich bastionów tradycji w najlepszym tego słowa znaczeniu. Pierwsza rzecz jaka tu odurza to zapach – woń szlachetnych skór i pergaminów, papieru, druku, kleju roślinnego i kleju zwierzęcego albo kurzu i pleśni, w zależności od wykonywanych prac. Podajemy mistrzowi swój skarb. On go delikatnie bierze do ręki, dokładnie ogląda. Opowiadamy, jak wyobrażamy sobie oprawę. Rzemieślnik opowiada w jaki sposób może zrealizować nasze pragnienia. Dogadujemy cenę i termin. Wychodzimy.A ona zostaje. Pełna lęku, leży kilka dni i czeka na swoją kolej pośród innych takich jak ona. Rozgląda się, a na przeciwległej ścianie księgi i książki poustawiane równiutko, piękne, w szlachetnych materiałach, jedwabiach, papierach, skórach, ze świecącymi złotymi ornamentami i literami równo i ostro wyzłoconymi – uśmiechają się.

Wreszcie któregoś ranka introligator bierze do ręki naszą własność. Głaszcze ją, delikatnie zdejmuje okładki i rozpoczyna swoje czary. Kilka miesięcy wcześniej zamówił pergaminy cielęce i skóry kozie w kolorach ziemi, naturalnie garbowane mimozą lub korą dębową. Bordo, zielenie, oberżyny, wszystkie brązy; od czekolady po kość słoniową, czynią książkę naturalną, organiczną i bliską naturze. Granaty, żółcienie, a nawet czernie sprawiają że staje się nieprawdziwa obca, daleka. Kilka tygodni wcześniej mistrz w swojej pracowni rozstawił wielkie kuwety; musi w nich zmieścić papier o największym formacie. Gotował dwa dni karagen, ucierał pigmenty, by w mozole barwić szlachetne arkusze na wyklejki i okleinę swoich pięknych półskórków. Od lat zdobywał, kupował, rysował i wycinał wzory tłoków, plakiet i radełek. Gromadził je uparcie, dbał o nie, rekonstruował dawne, aby w odpowiednim momencie użyć do ozdabiania okładki woluminu. Wczoraj zakończył poprzednią partię książek. Posprzątał dokładnie pracownie i ugotował świeże kleje aby o świcie przystąpić do przygotowania nowych tomów do oprawy.

Teraz delikatnie rozpruwa nożem stare szycie, usuwa pył, kurz i zabrudzenia które dostały się do wnętrza składek książki. Gdy okazuje się że plamy są pokaźne albo gdy książka jest po zalaniu, pierze ją delikatnie w roztworach chemicznych, po czym suszy w bibułach. Skleja ponownie papier, reperuje, wypełnia ubytki, uzupełnia stronice. Trwa to od kilku dni do kilku miesięcy w zależności od wielkości woluminu i stopnia jego zniszczenia. Następnie arkusze zbiera i grupuje składki sprawdzając kolejność stron. Przygotowuje wyklejki, czyli dodatkowe karty chroniące i łączące oprawę z blokiem. Rozpina sznury na zszywnicy i nicią konopną, lnianą lub bawełnianą zszywa składki, jedna za drugą, doszywając również wyklejki do bloku. Po uszyciu wszystkich książek, lekko zakleja je klajstrem i zdejmuje. Jeśli jest to konieczne, obcina karty okrągłym nożem lub w inny sposób wyrównuje. W tej sytuacji muszą być zabarwione lub pozłocone (prawdziwym złotem) i zawoskowane, by nie dostawał się między nie kurz, gdy książka wróci do biblioteczki. Teraz introligator lekko wyokrągla grzbiet, uderzając drewnianym młotkiem i wkręca książkę w prasę, aby nadać oporek.

W czasie gdy oporek stygnie pod gorącym klejem (min.12h), wyszywa kapitałkę i przygotowuje skórę szarfując ją, operując skośnym nożem na kamieniu litograficznym. Po wyjęciu z prasy zaopatruje książkę w tektury mocując w niej sznurki, obleka skórą oraz wyrabia zwięzy. I znów egzemplarz trafia między deski i do prasy – tym razem na minimum dwadzieścia cztery godziny. Po tym czasie ozdabia się lica i grzbiet wcześniej smarując je mieszaniną białka kurzego i octu by przygotować skórę na przyjęcia złota pod litery i ornamenty. Po zawinięciu krawędzi, wyrobieniu rogów, wyrównaniu nierówności, introligator przykleja scyzurę i wyklejki. Książka znów trafia do prasy. Tym razem na dwie doby. Mistrz przygotowuje w tym czasie futerał. Na koniec podpisuje swoją pracę małą wklejką na trzeciej stronie okładki lub bezpośrednio pod wyklejką tłocząc na skórze swój sygnet…”

Fragment artykułu
Dominika Świątkowska (Borysławska)
”Scyzura, kapitałka, grzbiet”
Heritage Zabytki nr 4, kwiecień 2008, s.16